Poligon telewizyjny
Wakacje w tym roku pracowite telewizyjnie. Przypomniałem sobie, jak to jest prowadzić program Dzień Dobry TVN. Dostałem pytanie, czy nie wszedłbym do grafiku prowadzących, i oczywiście się zgodziłem. Czy na stałe, jeszcze nie wiem. Nie bardzo się tym przejmuję, bo to i tak bardzo cenne doświadczenie.
Prowadzenie ponadtrzygodzinnego programu różni się od nawet najdłuższego łączenia na żywo. Odświeżyłem sobie ważne zasady pracy z kamerą. To jest poligon telewizyjny, czyli mnóstwo obserwacji. Przydadzą się do lepszego robienia lajfów.
Z wdzięcznością pomyślałem o pierwszych naukach prowadzenia, które lata temu dała mi Dorota Wellman. Dziewczyny, z którymi prowadziłem, też profeska. Od Sandry uczę się spokojnego reagowania i ogarniania sytuacji w studiu 360 stopni. Od Małgosi skupienia i świadomości realizacji w studiu. Od Izy lekcja, żeby pobudzić refleks i humor.
Bardzo głośny sport, który uspokaja
Ku mojemu zdziwieniu wciągnęło mnie strzelectwo. Właśnie wybieram się na strzelnicę, piąty raz. Na początku trochę się obawiałem. Poszedłem, bo nie lubię się do niczego uprzedzać.
Jako dziennikarz bywałem na strzelnicach służbowo i zawsze wychodziłem stamtąd ostrożny. Nie zniechęcony, ostrożny. Skupiałem się na swojej pracy, nie na tym, co naprawdę dzieje się wokół, więc słabo rozumiałem, co to za miejsce i jakie rządzą nim zasady.
Teraz strzelam sam i ku naprawdę sporemu zaskoczeniu odkryłem, że ten bardzo głośny sport uspokaja. Skupienie na strzelnicy musi być duże, inaczej zrobiłoby się niebezpiecznie. Procedury, koncentracja: jak stać, gdzie wolno celować. Broń może celować wyłącznie w tarczę, a strzela się tylko na komendę instruktora. Paradoks: po dwóch, trzech godzinach huku człowiek wraca rozluźniony i uspokojony.
Dobrym strzelcem nie jestem. Ciężko by przypuszczać, dlaczego miałbym być: okulary, astygmatyzm, ponad 50 lat na karku, strzelam od niedawna. Ale wiem już, jak postępować z bronią. Gdybym kiedyś na jakąś trafił, wiedziałbym, jak się zachować, jak ją rozładować, co z nią zrobić. Na strzelnicy uczyłem się i pistoletów, i karabinków, takich jak kałasznikow.
Miasto, które wyrasta w kilka dni
W tym roku, po latach przerwy, byłem na festiwalu Pol'and'Rock. Dwa dni z rzędu rano pracowaliśmy tam jako Dzień Dobry TVN, a ja chodziłem i przyglądałem się, bo byłem zafascynowany tym miejscem.
Proszę sobie wyobrazić miasteczko namiotowe, które wyrasta w ciągu kilku dni na starym lotnisku w Broczynie pod Czaplinkiem. I ono ma wielkość miasta wojewódzkiego, jednego z tych 49 sprzed reformy. Na polu namiotowym mieszka na pewno ponad 100 tysięcy ludzi, a w szczycie festiwalu mówiło się o kilkuset tysiącach.
Najbardziej mnie zaciekawiło, jak festiwal został zorganizowany, żeby było bezpiecznie. Bo tu jest pewien paradoks: jak pod namiotami, na otwartej przestrzeni, spotyka się kilkaset tysięcy ludzi, którzy przyjechali poszaleć, poskakać, a niektórzy również wypić alkohol, to z definicji wiadomo, że będzie niebezpiecznie. Organizacja tego festiwalu to, z pewnego punktu widzenia, prowokowanie kryzysu, a potem próba jego opanowania. I żeby było jasne: ten festiwal nie wygląda jak kryzys.
Namioty rozstawione są w kwadratach, trochę jak obóz rzymski. Jeśli cokolwiek się dzieje, patrole podają numer kwadratu i od razu wiadomo, gdzie potrzebna jest uwaga. A oczami i uszami służb jest Pokojowy Patrol: ludzie w czerwonych koszulkach, których zadaniem jest odpowiedzieć na każde pytanie. Gdzie jest toaleta, gdzie worki na śmieci, gdzie podładuję telefon. I którzy w każdej chwili mogą wezwać patrol medyczny z ratownikami i lekarzami.
Nie wolno wnosić szkła, nie wolno rozpalać otwartego ognia. Czy ludzie to robią? Robią, ale skoro nie wolno, robią to nieliczni. I jak robią, to się z tym nie obnoszą, tylko są dużo ostrożniejsi. Jakiejś części zdarzeń i tak nie da się uniknąć, bo przyjeżdżają ludzie ze swoimi chorobami, a te ujawniają się przy wysiłku, upale, hałasie. Ludzie ze służb ratowniczych mówili mi, że w upalny dzień mają blisko sto interwencji dziennie. Przeważnie odwodnienie i przegrzanie. Dlatego na terenie działa w zasadzie szpital polowy.
Do tego porządek. Cały czas wywożone są śmieci, cały czas wymieniane są przenośne toalety. Sam przetestowałem: to nigdy nie jest zdarzenie, które człowiek chciałby zapamiętywać ze szczegółami, ale absolutnie do używania. A potem mogłem jeszcze umyć ręce, więc już w ogóle przyjemność. I precyzyjnie zaplanowane trasy: inną drogą się wjeżdża na festiwal, inną wyjeżdża, inna jest dla służb ratunkowych.
Pomyślałem sobie, że gdyby, nie daj Boże, trzeba było w Polsce błyskawicznie organizować miasteczka namiotowe, kryzysowe, ratunkowe, to Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy umiałaby to zrobić. Od ponad trzydziestu lat ćwiczy stawianie coraz bezpieczniejszych miasteczek. I tak jak wyedukowała tysiące ludzi w Polsce w pierwszej pomocy, tak ten festiwal edukuje tysiące ludzi pod kątem organizacji takich wydarzeń.
Niezwykłe to było doświadczenie. Chętnie kiedyś wrócę, żeby się temu poprzyglądać.
Jutro startuję 300 km w 30 dni
Jutro zaczynam 300 km w 30 dni. Wyzwanie i akcja jednocześnie. Bardzo jestem ciekawy, czy ruch fizyczny da mi spokój psychiczny. Sprawdzałem to w pandemii. Wtedy się udało. Głowa wyciszyła się tak bardzo.
Słów więcej, idei mniej
W „New York Timesie" tekst o tym, że od kiedy pojawił się ChatGPT, na egzaminach na studia wzrosła liczba słów używanych przez młodzież. Prace są dłuższe niż kiedyś. Problem w tym, że słów jest więcej, ale pomysłów mniej. To też zostało obliczone.
Paradoks: egzaminujący oceniają takie prace jako bardziej kreatywne. Więcej słów, mniej idei. Większa kreatywność.
Szkoła musi nadążyć za technologią. Elokwencja dziś to już nie kreatywność.
Tekst w „New York Timesie" (27 maja 2026).
Wracam do Prince'a
Wracam do Prince'a i Eltona Johna.
Do pracy i wyciszenia myśli: Wariacje Goldbergowskie w interpretacji Glenna Goulda.